Ponoć Hitchcock kiedyś powiedział, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie musi nieprzerwanie rosnąć. Teksty powinny chyba działać na podobnej zasadzie, więc ten zacznę od odważnej tezy: nawet II wojna światowa miała pewien pozytywny aspekt.

Nim jednak rozwinę ten wątek, zacznę od czegoś z zupełnie innej beczki. Kiedy jakaś firma czy organizacja ma najgorsze warunki do rozwoju? No cóż, wtedy, gdy jest ona zupełną monopolistką w swojej branży. Wiedzą o tym nawet dzieci uczące się podstaw przedsiębiorczości.

Jeśli na danym rynku jest tylko jedna firma produkująca – no nie wiem, np. wentylatory – to nie ma aż tak wielkiej motywacji do tego, by rozwijać swój produkt, swoją markę czy marketing. Oczywiście siłą rzeczy musi to choć odrobinę robić, bo rzeczywistość wokół niej w jakiś sposób się zmienia, jednak dużo lepiej by było, gdyby tuż za płotem stała hala drugiej firmy, która dziennie wytwarza choćby i sto własnych wentylatorów.

Jeśli tego brakuje, lub, co gorsza, dana firma nie tylko ma monopol na wentylatory, ale wie, że ludzie się bez nich nie obejdą – bo np. działa na terytorium kraju u bardzo ciepłym i wilgotnym klimacie – to w ogóle jest problem.

Wentylatorex Sp. z o.o. może sobie wytwarzać urządzenia niższej jakości niż w warunkach konkurencji, może robić je niedokładnie, tak, że śmigiełka przyrządu mogą wypaść i pozbawić nas zbędnych palców. Może też podbijać cenę według własnego widzimisię, a my i tak kupimy jej produkty, nawet jeśli pokaleczę nam one palce.

Nie inaczej jest z każdą działką ludzkiej działalności. Wiem, że nie każdy przepada za piłką nożną, ale mam nadzieję, że wybaczycie mi i tę analogię. Otóż – czy FC Barcelona i Real Madryt to byłyby tak utytułowane w skali Europy – Ba! – świata ekipy, gdyby którejś z nich zabrakło? Czy liga hiszpańska byłaby w pewnym momencie TOP 1 światowych lig, gdyby te dwa teamy się wzajemnie nie napędzały?

Jest to wątpliwe. W Szkocji przez wiele dekad mocne były tylko dwie ekipy – Celtic i Rangers. Kiedy Rangers przez kłopoty finansowe ogłosili bankructwo i potem zostali (już jako nowa spółka) zdegradowani o kilka lig, to ich rywale zza miedzy nie mieli cienia motywacji do rozwoju. I tak byli najlepsi w lidze i zdobywali mistrzostwo za mistrzostwem, w konsekwencji poziom ligi szkockiej, tak czy inaczej nigdy niezbyt za wysoki, spadł jeszcze mocniej.

Ciekawostka: gdyby spuścić największą atomówkę w dziejach – Car-Bombę na Paryż, to wewnątrz czerwonego koła nie ostałaby się ani jedna bagietka (fot. Bourrichon, CC-BY SA 3.0)

Dzięki, dla mnie bomba

No dobrze – ale po co mi był ten przydługi, a dla wielu pewnie i dość oczywisty w swoim przekazie wstęp? Chciałem po prostu wykazać, że to rywalizacja napędza nasz świat i rozwój technologiczny. Nie w całości, oczywiście, ale w znaczącej części. I tu wracamy do kwestii II wojny światowej.

Ten potworny i krwawy konflikt mimo wszystko miał swój pozytywny aspekt – wygenerował ludzkości skok technologiczny dużej skali. Mocarstwa światowe, chcąc po prostu zwyciężyć w wojnie, musiały mieć sprzęt lepszy niż przeciwnik. Ulepszały samoloty, statki, czołgi i inne pojazdy, dopracowywały bronie, a czasem wymyślały zupełnie nowe technologie.

Niemcy pracowały nad swoim „wunderwaffe”, nad swoją „cudowną bronią”, która miała przechylić na ich korzyść szansę zwycięstwa w wojnie, od przełomu lat 1942-1943 regularnie przez III Rzeszę przegrywanej (w uproszczeniu). W historiografii chyba najczęściej za „cudowną broń” uchodzi rakietowy pocisk balistyczny V2, który nie tylko zagrażał Londynowi, ale też przy okazji pobił pewien rekord: jako pierwszy pocisk swego rodzaju wszedł w przestrzeń kosmiczną.

Tymczasem wrogowie śmiesznego pana z wąsikiem też nie próżnowali. Na wschodzie Sowieci wpadli na pomysł, by skonstruować czołg T-34, który do produkcji trafił w 1941 roku i odmienił oblicze walk na terenie ZSRR. Na zachodzie – szeroko rozumianym – Amerykanie jako pierwsi na tyle rozwinęli koncepcję bomby jądrowej, że mogli ją realnie wykorzystać w walce. Przekonała się o tym Hiroszima oraz Nagasaki.

No ale zaraz – powiecie – cóż to za rozwój, który στην πραγματικότητα niszczy, a nie buduje? Jest w tym myśleniu ziarno prawdy, ale nawet stworzenie zaawansowanej i śmiercionośnej bomby wymaga pewnego rozwoju badawczego i ciągnie za sobą, w mniejszym lub większym stopniu, takie kwestie jak rozwój produkcyjny itp.

No i jeszcze jedna ważna rzecz: choć taka broń jądrowa może zmieść z powierzchni ziemi całe miasta, może nas doprowadzić do sympatycznych inaczej obrazków, które na razie znamy co najwyżej z serii Fallout lub uniwersum Metra 2033, to jednocześnie utrzymuje ona światowy klincz. Mocarstwa niekoniecznie chcą kolejnego światowego konfliktu, które tym razem jest w stanie zetrzeć je na proch. I obyśmy pod tym względem nie ruszyli z punktu, w którym się obecnie znajdujemy.

Hihi, hoho, haha, a wiemy, jak było. Reagan i Gorbaczow w okolicach połowy lat 80. (fot. White House Photographic Collection, domena publiczna).

Światy dwóch prędkości – i oba zasuwały

Po zakończeniu II wojny światowej problematyka rywalizacji technologicznej weszła na jeszcze wyższe obroty – a przy tym była chyba – przynajmniej moim zdaniem – jeszcze wyraźniejsza i pełniejsza kontrastów.

Podzielony na dwa główne bloki polityczne – „wschodni” i „zachodni”, myśląc skrótowo – świat wpadł w wir technologicznej rywalizacji, choć nie ukrywajmy, że to dwa państwa, a mianowicie Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, były na tym polu przodownikami (pracy).

Rozwój zakładów przemysłowych i technologii produkcyjnych napędzał podnoszącą się z gruzów – tych realnych, lub metaforycznych – gospodarkę. Przejście światowej ekonomii z torów wojennych na tory czasów pokoju dało impulsy do nowych pomysłów, wynalazków, inwestycji.

Niektóre z podejmowanych kwestii były, zdawać by się mogło, prozaiczne, jak ulepszanie maszyn rolniczych (Choć to przecież w zasadzie podstawa!). Inne były bardziej skomplikowane i mocniej pobudzające wyobraźnię – w trakcie wojny najwięcej „zabawy” było z maszynami szyfrującymi i deszyfrującymi. Tuż po zakończeniu konfliktu ludzkość weszła z kolei w prawdziwą erę komputerową.

W 1945 roku zakończono konstruowanie ENIAC-a (Electronic Numerical Integrator And Computer). Do dziś trwają spory, czy to gigantyczne urządzenie wielkości wielu szaf było pierwszym komputerem. Na pewno było jednak najsłynniejszym z tych pierwszych.

I w końcu dochodzimy do najbardziej śmiałego i najbardziej  wizjonerskiego, pionierskiego przedsięwzięcia XX wieku (przynajmniej według skromnego zdania wyżej podpisanego). Do wyruszenia w kosmos.

Wyścig kosmiczny odnaleziony na Reddicie, wrzucał użytkownik ear1ight

Szybciej, wyżej, mocniej Gagarin

„Wyścig kosmiczny”, tudzież „bitwa o kosmos” rozgrywająca się między USA i ZSRR jak nic innego daje nam obraz cywilizacyjnego przeskoku w ubiegłym stuleciu. Ewentualny podbój kosmosu był – po pierwsze – sprawą ze wszech miar prestiżową. Po drugie potencjalnie ważną dla obronności, bo możliwość bombardowania wroga z orbity to całkiem niezła sprawka, mówiąc niedyplomatycznym językiem. Nie mówiąc o miłych doznaniach związanych ze szpiegowskimi satelitami. To znaczy miłych, jeśli to my szpiegujemy, a nie gdy sami jesteśmy szpiegowani.

Mem, który widzicie przy tekście… no jest tylko memem, fakt. Nie przekazuje całej złożoności wyścigu między Amerykanami i Sowietami. Sam przy tym uważam, że ciężko mówić o „zwycięstwie” gdziekolwiek, jeśli nie ma sędziego, punktów i określonych zasad. Ale warto przyjrzeć się sposobowi myślenia przedstawionemu na tym obrazku.

ZSRR faktycznie wystrzeliło pierwszego satelitę, wysłało pierwszego człowieka w kosmos (Gagarinie, dlaczego cię dekomunizują? Tyś skarbem całej ludzkości, a nie tylko komunistów). „Kraj Rad” ma też na swoim koncie pierwszego zwierzaka w kosmosie (R.I.P. Łajko) i chociażby pierwszy spacer kosmiczny – w wykonaniu Leonowa.

Mimo to wszystkie te osiągi są momentami przyćmione właśnie przez lądowanie na Księżycu. I nie dziwota – to było najbardziej spektakularne ze wszystkich osiągnięć zimnej wojny o kosmos. Czy jak kto woli, najlepszy film Holiłudu, bo Amerykanie wylądowali przecież co najwyżej w studiu filmowym Kubricka (uwielbiam tę teorię, jest taka barwna).

Ten tekst powstał właśnie po to, by dojść do historycznego momentu lądowania człowieka na Księżycu. Czy raczej… nielądowania.

Domyślcie się, co to za bohater (NASA, domena publiczna).

Cześć, Michael!

28 kwietnia 2021 roku zmarł Michael Collins – uczestnik misji kosmicznej Apollo 11, członek słynnej ekipy astronautów, która „wygrała” Amerykanom starcie z Sowietami dzięki osiągnięciu „Srebrnego Globu”.

Problem w tym, że Michael Collins – nie chcę tu zabrzmieć niemiło – był „tym trzecim”, najmniej znanym. Nie zrobił „wielkiego kroku”, nie zszedł na powierzchnię Księżyca. Bez niego wyprawa jednak by się nie udała – pełnił przecież ogromnie ważną funkcję pilota modułu dowodzenia, który czekał cierpliwie na swoich kolegów skaczących po powierzchni naturalnego satelity Ziemi.

I chciałbym mu oddać wielkie bohaterstwo – robił coś wielkiego, ale coś jeszcze większego przeszło mu obok nosa. Oczywiście nie było na tyle nierozsądny, by pod wpływem impulsu sobie „zeskoczyć” wbrew celom misji do kolegów (pewnie to nawet nie było możliwe), ale warto, naprawdę warto o nim pamiętać.

W rywalizacji chodzi o to, by być pierwszym. Chyba, że jesteście baronem de Coubertinem, to wtedy nie. Czasem jednak warto – a nawet trzeba – odegrać swoją rolę na drugim, czy nawet trzecim planie, aby popchnąć świat do przodu.

Gdybym wierzył w życie pozagrobowe, to bym pewnie powiedział: see you on the other side (of the Moon), Michael.

Πολωνική ομάδα Smart Home από το SmartMe

Πολωνική ομάδα Xiaomi από το SmartMe

Προσφορές SmartMe

Σχετικές αναρτήσεις